Słynne wyścigi: Grand Prix Japonii 1990

Mimo tego, że nie dojechali do pierwszego zakrętu, to Ayrton Senna i Alain Prost byli ponownie bohaterami Grand Prix Japonii. Kolejna kontrowersyjna kolizja między nimi była pokłosiem tego, co stało się rok wcześniej. I tak jak rok wcześniej sytuację wykorzystał zespół Benettona.

Odkąd tor Suzuka zadebiutował w F1 w sezonie 1987, przedostatni w kalendarzu wyścig w Japonii zawsze rozstrzygał o losach mistrzostwa. W 1990 roku gdy kierowcy zjawili się w Japonii, ciągle mówiono o wydarzeniach poprzedzającego wyścig miesiąca. Podczas Grand Prix Japonii zabrakło dwóch kierowców dotychczasowej stawki.

Martin Donnelly ledwo uszedł z życiem z przerażającego wypadku podczas treningu przed poprzednim wyścigiem w Jerez. Lotus Donnelly’ego przełamał się na pół wyrzucając kierowcę na środek toru. To był koniec jego kariery wyścigowej. Jego obrażenia były bardzo poważne, ale i tak mógł uważać się za szczęściarza, że nie stał się pierwsza od ośmiu lat śmiertelna ofiarą weekendu F1. Jego wypadek nie był jedynym szokującym wydarzeniem poprzedzającym wyścig w Suzuka.

Drugim nieobecnym była młoda gwiazda teamu Benettona Alessandro Nannini, zwycięzca z Suzuka sprzed roku. Nannini niemal stracił rękę w wypadku helikoptera nad swoją winnicą w Sienie. Włoch był uważany za ogromny talent, zainteresowane nim było nawet Ferrari. Teraz jego karierę w F1 należało uznać za zakończoną. Po długiej rehabilitacji Nannini próbował wrócić, skończyło się jednak tylko na testach. Mimo że nigdy nie odzyskał pełnej sprawności w prawej ręce, powrócił później do ścigania w zawodach samochodów turystycznych.

Przed wyścigiem w Japonii na czołówkach gazet był już tylko jeden temat dotyczący F1. Walka o mistrzostwo między Ayrtonem Senną i Alainem Prostem. Już trzeci rok z rzędu tych dwóch kierowców walczyło o tytuł.

Sytuacja w klasyfikacji wyglądała inaczej niż rok wcześniej, gdy przewaga była po stronie Prosta. Tym razem to Senna miał przewagę w i to on zostałby mistrzem, gdyby między dwoma rywalami doszło do kolizji. W drugiej części sezonu Prost regularnie przegrywał z Senną, ale w Jerez Francuzowi udało się wygrać, a jego rywal nie ukończył wyścigu. Ten wynik sprawiał, że Alain wciąż był w grze.

Senna jak zwykle wygrał kwalifikacje. Prost był drugi. Problemy zaczęły się, gdy Brazylijczyk dowiedział się, że mimo zwycięstwa w kwalifikacjach będzie startować z brudnej strony toru, co dawało przewagę jego rywalowi. Po przeżyciach z poprzedniego roku Senna był przewrażliwiony i znów węszył spisek przeciwko niemu. Robił co mógł, by pole position przesunięto na lewa stronę toru, ale jego starania nie przyniosły efektu. W jego pojęciu próbowano mu znów przez polityczne manewry zabrać tytuł, na który zasługiwał. Dla Senny nie było nic ważniejszego niż rywalizacja na torze i próba nieuczciwej ingerencji w nią, raniła go na głębokim poziomie. Senna obiecał sobie, że nie pozwoli Prostowi wygrać startu. Choćby miało oznaczać to ryzyko kolizji.

Jazda samochodem F1 to sztuka szybkiego reagowania na to, co dzieje się wokół. Zwłaszcza na starcie. Kierowca musi wyczyścić umysł i instynktownie reagować, by dwadzieścia sześć samochodów mogło z ogromną szybkością pokonać pierwsze zakręty tuż obok siebie. Tego dnia Senna miał jednak inne podejście.

Prost wystartował lepiej. Już przed pierwszym zakrętem był z przodu i zjechał na lewo, by zapewnić sobie optymalne wejście w zakręt. Nie był to wtedy zakręt, który dało się pokonać na pełnym gazie. Prost musiał nieco odpuścić. Wiedział, że Senna wchodzący w zakręt pod większym kątem od wewnętrznej strony toru będzie musiał odpuścić jeszcze bardziej. Ale się mylił. Senna zobaczywszy lukę wjechał w nią na pełnym gazie. Dla Prosta był to później dowód, że nie była to próba wyprzedzania, ale zamach, mający na celu wyeliminowanie go z wyścigu.

Senna właśnie tłumacząc tę sytuację wypowiedział słynne słowa. "Jeśli nie wjeżdżasz w istniejącą lukę, nie jesteś kierowcą wyścigowym." Ta wolna przestrzeń, w którą można było wjechać istniała jednak tylko w jego umyśle. Nie można było oczekiwać, że Prost zrobi mu w tej sytuacji miejsce. To mogło zakończyć się tylko kraksą.

Prawdziwym wytłumaczeniem tego, co się stało, była polityka. Sam Senna przyznał to rok później. Była to konsekwencja kraksy rok wcześniej i politycznej decyzji o dyskwalifikacji Senny. Tym razem Senna się zrewanżował i nie przeliczył się. Kilka lat później Michaelowi Schumacherowi odebrano punkty z całego sezonu za celowe doprowadzenie do kolizji, ale mistrzostwa Senny nikt nie kwestionował. Jago ocena politycznej sytuacji była właściwa. Odegrał się i teraz tytuł trafił do niego. Ron Dennis mówił jednak później, że jego mowa ciała po całym zajściu świadczyła o tym, iż wiedział, że to co zrobił było złe.

Odpadnięcie głównych faworytów otworzyło szansę dla innych kierowców. Nigel Mansell, Riccardo Patrese i Thierry Boutsen wygrywali już w tamtym sezonie, ale ani razu jak dotąd od swojego przyjścia do McLarena nie wygrał Gerhard Berger.

Podczas gdy organizatorzy zastanawiali się, czy przerwać wyścig, to właśnie Austriak znalazł się na prowadzeniu. Wyścigu nie przerwano i Berger dojechał na prowadzeniu do pierwszego zakrętu, na którym powiewały żółte flagi. Tam stracił panowanie nad samochodem na plamie oleju, który pozostał po kraksie i zakopał się w żwirze. Marshale mieli więc już trzy samochody, unieruchomione w żwirowej pułapce. Dziś z pewnością oznaczałoby to co najmniej samochód bezpieczeństwa, najprawdopodobniej czerwona flagę, ale w 1990 wyścig trwał dalej.

Wobec wypadku Bergera, w McLarenie zabrano się za świętowanie tytułu Senny. Ron Dennis miał jednak mieszane uczucia, dobrze wiedząc, co zrobił Ayrton. Sam Brazylijczyk też zapewne nie czuł się z tym komfortowo. Prost po obejrzeniu powtórek był zszokowany. Senna nawet nie próbował hamować. Francuzowi nie mieściło się w głowie jak można z premedytacją doprowadzić do zderzenia na tak szybkim zakręcie. Każdy taki wypadek mógł przecież skończyć się tragicznie, o czym Francuz dobrze wiedział, będąc w F1 już jedenasty sezon.

Tymczasem prowadził Mansell w drugim Ferrari, ale tuż za nim jechali kierowcy Benettona Nelson Piquet i Roberto Moreno oraz Williamsa, Boutsen i Patrese, przed którymi stanęła ogromna szansa na punkty. Derek Warwick w Lotusie był szósty, a siódmy, jadący Lolą teamu Larrousse, Aguri Suzuki. Suzuki wkrótce wyprzedził Warwicka i zaczął ścigać Patrese. Dalej jechali doświadczony w Japonii Johnny Herbert w drugim Lotusie, oraz inny Japończyk Satoru Nakajima, jadący Tyrrellem. Herbert jechał swój pierwszy wyścig po długiej przerwie. Nie w pełni zakończona rehabilitacja po okropnym wypadku w Formule 3000 w 1988 spowodowała, że jego pobyt w Benettonie w sezonie 1989 nie trwał długo. Teraz wrócił, zastępując Donnelly’ego, po jego koszmarnym wypadku w Jerez.

Mansell, Piquet, Patrese i Boutsen, byli blisko w klasyfikacji punktowej, więc dobry wynik w przedostatnim wyścigu w sezonie miał dla nich kluczowe znaczenie.  Boutsen jako pierwszy zjechał na pit stop, który okazał się bardzo nieudany i wyeliminował go z walki o podium. Mansell powiększał przewagę, ale nie mógł być spokojny o wynik. Benettony jechały spokojnie jeden za drugim, nie niepokojone przez nikogo, dbając o opony. Za doświadczonym Piquetem podążał jego brazylijski przyjaciel Moreno.

Moreno debiutował w F1 w bardzo młodym wieku w sezonie 1982, ale wówczas bardzo nieudany epizod w Lotusie mocno skomplikował jego karierę. Ani występy w Indycar, ani pierwszy punkt w F1 zdobyty w barwach słabego teamu AGS, ani praca kierowcy testowego w Ferrari, ani nawet mistrzostwo Formuły 3000 nie przekonały do niego szefów czołowych teamów. Po kilku niezłych występach dla beznadziejnie słabego Coloniego w sezonie 1989, 1990 rok Moreno spędzał w EuroBrunie. Zespole, który nie chciał kwalifikować się do wyścigów, bo oznaczało to dodatkowe koszty.

Teraz w końcu uśmiechnęło się do niego szczęście. Akurat testował samochód Benettona na zaproszenie Johna Barnarda, gdy ten dowiedział się o wypadku Nanniniego. Poirytowany faktem, że natychmiast zadzwoniło do niego wielu kierowców, liczących na angaż, zaproponował posadę Moreno.

Zdarzało się już w tym sezonie, że kierowcy Benettona potrafili na twardszej mieszance Pirelli przejechać cały wyścig bez pit stopu i  teraz logiczne było, że z pewnością przynajmniej jeden z nich obierze właśnie taką taktykę. To właśnie planował Piquet i powiedział o tym Moreno, który poszedł za jego przykładem. Mansell nie mógł sobie na taką strategię pozwolić i dlatego musiał powiększać przewagę.

Gdy w końcu zjechał, tuż po wyjeździe z boksu, jeszcze w alei serwisowej, posłuszeństwa, ku jego rozpaczy, odmówiła skrzynia biegów. Już po raz dziewiąty w sezonie nie ukończył wyścigu. Był w widoczny sposób załamany takim obrotem sprawy. Ferrari w ten sposób straciło szanse na mistrzostwo konstruktorów.

W Japonii mało kto współczuł Mansellowi. Tuż po jego odpadnięciu Suzuki, który z boksu wyjechał przed Boutsenem, wykręcił najszybsze okrążenie i stało się jasne, że może konkurować z Patrese, który ciągle jeszcze nie zjeżdżał, o trzecie miejsce na podium.

Benettony miały teraz sporą przewagę i konsekwentnie realizowały taktykę jazdy bez postoju w boksie. Piquet zaczął powiększać przewagę nad Moreno, który trzymał się dzielnie, ale walczył głównie z własnym zmęczeniem. Od dawna nie przejechał pełnego dystansu wyścigu, a Suzuka to bardzo wymagający fizycznie tor.

Po odpadnięciu Herberta, Nakajima był niezagrożony na siódmej pozycji i zaczął atakować Warwicka, którego wkrótce wyprzedził, awansując na punktowane miejsce ku radości japońskich kibiców. Piquet pewnie zmierzał po zwycięstwo, ale Moreno zaczął tracić tempo i przewagę nad Patrese. Włoch jednak w pogoni za Brazylijczykiem zniszczył opony i musiał poddać się i zjechać do boksu. Była to kolejna doskonała wiadomość dla japońskich kibiców. Suzuki znalazł się bowiem dzięki temu na trzecim miejscu. Williams mógł mieć pretensje tylko do siebie. Zepsuty pit stop Boutsena i zła taktyka Patrese podarowały Suzuki podium. Patrese szybko wyprzedził Boutsena i zaczął pościg za Japończykiem, nic to jednak nie dało. Pierwsza trójka dojechała do mety niezagrożona.

Dla Brazylii i Japonii to był niezapomniany dzień. Dwóch Brazylijczyków na dwóch pierwszych miejscach i dwóch Japończyków w punktach. To nie zdarzyło się już nigdy później. Moreno i Suzuki nigdy już nie stanęli też na podium.

Piquet odniósł pierwsze zwycięstwo od trzech lat. Wielu wysyłało go już na emeryturę, po nieudanej przygodzie z Lotusem, ale w Benettonie pokazał na tle utalentowanego Nanniniego, że wciąż jest jednym z czołowych kierowców. Wygrana w Suzuka wywindowała go na czwarte miejsce w klasyfikacji, a podwójna wygrana zapewniła Benettonowi trzecie miejsce wśród konstruktorów. Nikt nie spodziewał się, że Nelson, równie niespodziewanie, wygra też finał w Adelajdzie i skończy sezon na trzecim miejscu.

Jak zawsze emocjonalny Moreno po wyjściu z samochodu nie mógł powstrzymać łez. Częściowo z powodu ogromnego zmęczenia, ale też dlatego, że czekał na tę szanse naprawdę długo. Ten występ zastąpił mu angaż w Benettonie na następny sezon.

 

Redakcja

Tomasz Kubiak
Daniel Wawiórka
Roksana Ćwik
Kamil Topczewski
Dariusz Szymczak
Mikołaj Suchocki
Gabriela Skoczylas
Zuzanna Kurek
Adrian Kleć
Jakub Cieciura
Julia Trusewicz

Informacje

Redaguj z nami
Polityka prywatności
Gdzie oglądać wyścigi?
Kalendarz
Klasyfikacje
Wyniki

Partnerzy

rally and race cyrkf1 feeder league